środa, 11 stycznia 2017

Damien: Omen II (1978) reż. Mike Hodges, Don Taylor


Z dzieciństwa mam ogromny sentyment do całej trylogii "Omenu", i gdy już odświeżałem sobie pierwszy film, zawsze brałem się za pozostałe dwa i zawsze jarałem się nimi tak samo. Tak było do dzisiaj...

Trzynastoletni Damien mieszka u swojego stryja, Richarda i wraz z kuzynem Markiem rozpoczyna naukę w akademii wojskowej. Chłopak nie jest świadomy tego, że jest synem Diabła, ale spokojnie... diabelska świta zadba o to, by go ukierunkować.

Pierwotnie "Damien: Omen II" nakręcić miał Mike Hodges, ale po sprzeczkach ze studiem porzucił projekt. Film został dokończony przez niejakiego Alana Taylora, który zresztą widnieje w napisach filmu jako reżyser.

Ale to nie kłótnie na płaszczyźnie reżyser-studio są przyczyną wtopy. Takową jest scenariusz.

Sequel "Omenu" jakimś cudem stracił cały urok poprzednika. To wciąż dobry film, ale cała jego siła przebicia znikła.
Pierwszym problemem jest to, że gdy się nad tym zastanowimy... nic tutaj konkretnego się nie dzieje.

Damien uczęszcza do akademii, zaczyna powolutku odkrywać swoje moce, ale do niczego ciekawego to nie prowadzi. Gdy w końcu odkrywa, że jest antychrystem, mamy taką fajną scenę, gdzie wybiega ze szkoły i woła "Czemu ja!?". I to mogłoby pociągnąć cały film - antychryst w konflikcie z własnym przeznaczeniem. Szkoda, tylko, że scenę później Damien jest już zdecydowany i w pełni akceptuje wszystko. Nie ma stopniowego stawania się księciem ciemności, dostajemy błyskawiczny przeskok z pierwszego stadium do ostatniego.

W międzyczasie obserwujemy jak firma Richarda Thorna przygotowuje dość radykalne plany rozwoju rolnictwa na szeroką skalę i jak jeszcze kilka osób próbuje ostrzec Richarda przed jego bratankiem. Oczywiście wszystkie niewygodne osoby są konsekwentnie usuwane przez nieczyste moce. Niektóre zgony były efektowne i brutalnością starały się nawiązać do poprzedniej części (scena z windą na przykład)... ale za żadne skarby świata nie potrafię zrozumieć, co Szatanowi przeszkadzała stara ciotka Damiena. Nie lubiła go, była wredna, ale nikt jej nie traktował na poważnie. Ona nawet nie wiedziała, że Damien to syn Szatana... więc po?


Ale "Omen II" ma poważniejszy problem. Nie ma bohaterów, a właśnie to czyniło pierwszy "Omen" tak silnym obrazem. Budował on emocjonalną więź z widzem.
Prawie wcale nie poznajemy wujostwa Damiena. Załatwiają firmowe sprawy, prowadzą muzeum... ale nic poza tym.
Gdy ktoś ginął, to była to przypadkowa postać, którą poznaliśmy dwie sceny wcześniej.
Co najgorsze - nic z tego, co się dzieje nie ma żadnego wpływu na bohaterów. Pamiętacie, jak Katherine Thorn dostawała nerwicy przez Damiena? Tutaj o czymś takim nie ma nawet.

Co do klimatu to... trudno powiedzieć.
Od strony zdjęć, czy scenografii film trzyma poziom poprzednika, miejscami jest nawet lepszy.
Jeśli chodzi o muzykę, Jerry Goldsmith skomponował ten genialny motyw przewodni i chyba się rozleniwił. Muzyka nie odgrywa tutaj takiej roli, jak w poprzednim filmie. Po prostu jest i niczym się specjalnie nie wyróżnia.

Tempo jest powolne, a całość jakoś intryguje, bo grający Damiena Jonathan Scott-Taylor jest niesamowity. Na początku sympatyczny, troszkę zagubiony, a gdy przychodzi właściwy czas, jest demoniczny. D E M O N I C Z N Y . Radzi sobie ze swoją rolą tak dobrze, że jeszcze bardziej jest  żal, że z jego postacią dzieje się tak niewiele.

"Omen II" miał wszystko, co potrzebne, żeby być przynajmniej na poziomie oryginału.
Film wykłada nam kolejne, coraz ciekawsze pomysły, a potem nic z nimi nie robi, przy okazji wyrzucając do kosza wszystko, co czyniło pierwszą część tak dobrą. Nic nowego nie zostało do tematu wniesione.
Można było zbudować fabułę tylko wokół Damiena. Aktor był idealny, nawet był w scenariuszu idealny pomysł, którego można było się uczepić... ale nie.
Rezultatem jest rozczarowujący sequel i niezły film, który mógł być czymś stokroć lepszym.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza